niedziela, 20 grudnia 2009

Smoczkowa Aleja

Wyobraź sobie kraj bez drzew. I zdumienie, gdy dostrzegasz plantację na łysej wyspie Suðuroy. Myślisz sobie: wybryk natury, igraszka bożka Brzozy, nieszczęsna brodawka na czubku głowy jakiegoś Kwinto.

Wchodzisz w głąb plantacji, pachnie Kampinosem. Trzydzieści trzy kroki od wejściowej furtki znów przecierasz ślepia: na gałęzi drzewa łopocze 59 niemowlęcych smoczków (liczyłem skrupulatnie, dla pewności - trzy razy) - ssaki zielone, czerwone, niebieskie, barwione fioletem, żółte jak śnieg na którym przykucnął pies i białe, jak przed psią wizytą. Smoczki na gałęzi jak wystawa butiku z abażurami.

Pytam mieszkankę Suðuroy, skąd u licha 59 smoczków-ssaków w środku sztucznego lasu? Mówi, że to rytuał, że dotarłem do Smoczkowej Alei, w której matki wieszają na gałęziach smoczki. Jeden smoczek to jedno dziecko, które odstąpiło od ssania.

Bullerbyn.

0 komentarze: